Dlaczego wolałbym, żeby nie było „cyfry”.

By MA / styczeń, 28, 2009 / 29 comments

“Flawiusz | December 19, 2008

“Wolałbym żeby nadal wszyscy pracowali na filmie…”
Dlaczego? (z ciekawości)”

Ano dlatego, że w czasach analogowych rzemiosło liczylo sie bardziej, dużo bardziej niż teraz,

kiedy jest niemal w całości wypierane przez możliwości finansowe i znajomości. Każdy chce być fotografem, mało tego – każdy jest fotografem. Większość to nawet jest “fotografikami”… Przeglądam często rożne serwisy internetowe i czytam o człowieku, który pojechał raz do Maroka i juz jest “Fotografik, Podrożnik,…”. Mam wrażenie, że to już obciach tak się podpisać, bo tak bardzo to trąci banałem.

Uwielbiałem ten próg, ten filtr trudności, który powodował, że 99% leniwych baranow rezygnowała po 2-3 spapranej rolce slajdu, bo albo prześwietlali, albo totalnie niedoświetlali, nie chciało im się oprawiać, o rozstawianiu projektorów i systemu do sterowania nawet nie wspomnę.
Piękne było to, że mieliśmy pieniędzy na 20-30 rolek filmu na cały wyjazd i wtedy naga prawda wychodziła na jaw, kto co potrafi. Zwłaszcza w górach, na śniegu.etc.. Należy to odróżnić od poziomu i potrzeb zawodowych – gdzie często jechało się – nie po komplet 10,20 zdjęć dobrych, ale po 3-4-5 świetnych. A wtedy trzeba eksperymentować, nie bać się ryzyka, itp.. Ale na klasycznym wyjeździe – spokojnie kilkanaście rolek slajdu, po 60 – 70 pln za rolkę z wołaniem czyniło cuda. Wiekszość z tych co sprobowali, nigdy więcej nie brała slajdu do ręki. Kiedyś osoba z lustrzanką na trekkingu (w mojej grupie) należała do rzadkości. Teraz do rzadkości należą osoby bez lustrzanki!

Każdy zabiera już aparat – bo co to szkodzi, koszty dodatkowe – prawie żadne. Później pęcznieją ambicje i każdy z nich najchętniej dopłaci, da ciała, loda zrobi, byle by to jego zdjęcie wydrukowali, żeby mogł się pokazać i wreszcie wspomniany wpis na stronie www przy personaliach umieścić.

Boli mnie to podobnie jak fakt, że kiedyś, kiedy podróże były znacznie droższe (lotnicze) lub uciążliwe i długotrwałe (elternatywne) w zasadzie nie było ogólnego bacpackerskiego pędu w świat. I mnie chodzi o to, że przed laty podróżowali Ci, dla których podróże stanowiły sens życia, a teraz podróżuja Ci, którzy maja na to szmal. Kiedyś jechało się na wyprawę wspinaczkową Starem wypchanym sprzętem, przez Turcję, Iran, Pakistan. Wyprawa trwała 3-4 miesiące. A teraz? Pan/pani manager, ktokolwiek płaci od 30.000$, leci na 4 tygodnie, szerpowie wniosą im wszystko, włącznie z butlami z tlenem, jedzeniem, etc. – i mamy kolejnych “zdobywców” Everestu. Pytam się, skoro można z tlenem, to może można w lektyce? Czemu nie? Przecież wyłom już jest i już nie robią tego naturalnie i o własnych siłach. Nie tak dawno Marcin Miotk wszedł JAKO PIERWSZY POLAK W HISTORII bez tlenu na Mt Everest. I co? Kto o nim wie? Niewielu. Tak, nie zrobił sobie medialnego show, dzięki któremu zostałby “prawdziwym” himalaistą.
Szkoda gadać.

To samo jest w fotografii. Gwiazdy tańczą na lodzie, gwiazdy, o przepraszam – “gwiazdy” wciskają guziczek. Cały sztab ludzi ustawia im plan, przygotowuje modeli, ustawia swiatlo – a oni nawet nie odróżniają parasolki od softboxu, nigdy światłomierza nie użyją… Ale podpiszą się jako autorzy „swoich” zdjęć. Wpis w CV będzie. Japierdykam.

Tylko dlaczego to się tyczy fotografii?

O wpływie internetu na nasz zawód, a w zasadzie – na śmierć photojournalismu jako zawodu – innym razem.

29 Responses to Dlaczego wolałbym, żeby nie było „cyfry”.

  • Flawiusz

    He, rozumiem problem. Ja już od jakiegoś czasu, gdy ktoś mnie zapyta o zawód, wolę w skrócie powiedzieć czym się zajmuję, niż po raz kolejny użyć określenia „grafik komputerowy”. Dziś każdy kto ma komputer, a na nim Corela i Photoshopa jest, albo może być „grafikiem komputerowym”. Właściwie taki stan rzeczy trwa już o kilka lat dłużej niż w przypadku fotografii. Aby zostać grafikiem i mieć na to papier wystarczy być bezrobotnym i iść na darmowy kurs organizowany np. przez łódzki oddział Solidarności. Po krótkim szkoleniu delikwent otrzymuje certyfikat potwierdzający że potrafi pracować w: Corelu, Photoshopie, Illustratorze, Flashu, InDesignie, Qarku i do tego zna pakiet Ofice :). Gdy ja uczyłem się tego zawodu, to pierwsze jako, takie efekty maiłem po pół roku intensywnej pracy, dzień po dniu. Nowa technika tak mnie zafascynowała, że po pracy, w domu znowu zasiadałem do kompa. W dodatku moją naukę pracy w programach graficznych poprzedzały całe lata spędzone z ołówkiem i pędzlem w ręku. Dziś wielu „grafików” nie potrafi niczego narysować ołówkiem, nie ma takiej potrzeby. Właściwie to po co w ogóle coś rysować? Przecież pakiet Corel dostarcza ponad 10 000 clipartów w których zawsze się „coś” znajdzie! Tyle że ja mam to gdzieś. Po prostu szukam współpracy z firmami które mają nieco większe wymagania. Jasne że naparzam komercyjną robotę aż huczy i nie ma mowy o jakiś super-autorskich projektach, ale zdaję sobie z tego sprawę i sprowadzam na ziemię ludzi którzy mówią że mam taki „artystyczny zawód” :))). W zasadzie to każda zmiana mająca ułatwić życie generuje różne skutki uboczne. Kiedyś, żeby nagrać płytę, trzeba było umieć grać i śpiewać. Dziś wszystko zależy od kasy i znajomości. Wystarczy nie być bardzo tłustą laską, braki wyrówna się skalpelem, i fruuu… na scenę z playbacku „śpiewać”. Współczesne udogodnienia techniczne w muzyce miały ułatwić życie i rozszerzyć nieco możliwości, a w jakimś stopniu stały się wrogiem tych którzy naprawdę chcą być muzykami. Czasami mam wrażenie że świat zmienia się w coraz większą tandetę i dla większości ludzi jest to zdrowy objaw rozwoju cywilizacji. Tak naprawdę to nie wiem do końca co o tym myśleć. Piszesz że kiedyś podróżowanie po świecie było celem tych którzy bardzo tego pragnęli. Fakt, takie wyprawy Starem załadowanym po brzegi nie były dla każdego. Ale czasu ani mentalności się nie zmieni. Dziś wielu ludzi myśli już o tym że za 10 lat zapłacą 5000 dolców i wybiorą się na krótki lot po orbicie. Komu z nich chciało by się taszczyć w Himalajach własną butlę z tlenem? Z drugiej strony trzeba się w tym odnaleźć, nie ma co za bardzo marudzić bo to nic nie pomorze. Jeśli zaś idzie o samą fotografię (cyfrową) to jak widać podlega ona takim samym prawom rozwoju jak cała nasza cywilizacja. Od siebie dodam tylko tyle że wolałem i nadal wolę obraz zapisany tradycyjnie na filmie i dobitki z ciemni, bez skanowania, wyostrzania itd. W zdjęciach cyfrowych, choćby nie wiem jak dobrych technicznie, zawsze brakuje mi tej odrobiny ziarna i lekkich, subtelnych odchyleń w kolorystyce. Ale to bardzo prywatna uwaga :). Na koniec dodam że bez względu na wszystko, zawsze lepiej być wokalistą potrafiącym śpiewać, niż „gwiazdą”, plastykiem niż „(artystą) grafikiem komputerowym” i fotografem niż „artystą fotografikiem”.

  • Kamil Maciejewski

    Tak, racja w każdym zdaniu. Ale Panie Marku, niestety – kilem rzeki nie zawrócisz, nie ma na to rady i jedyne co można zrobić, to pogodzić się z tym. Swoją wartość się zna, bliscy znają nas i my ich, na tym może lepiej poprzestać.
    Poza tym zawsze gdy pojawia się nowe medium pojawia się refleksja – fotografia miała zabić malarstwo, telewizja radio, fotografia cyfrowa analogową a blogi (czy ogólnie internet) książki. Wciąż jednak łatwo znaleźć wspaniałych malarzy, radio ma się całkiem nieźle, dobre książki też wcale nie jest trudno wyszukać, nawet jeśli dookoła jest pełno kiepskich.

    Do czego dążę – musimy starać się być w zgodzie z własnym sumieniem (o ile się je posiada, oraz o ile nie jest „czyste, bo nie używane). Nie przejmować się chwalipiętami. Szacunek Marku dla Ciebie, bo robisz coś naprawdę niebywałego i na niespotykanym poziomie.

    PS. O ile rozumiem potrzebę profesjonalnego ekwipunku w przypadku Twoich wypraw, to jednak wspominając w którymśtam wstecz poście o Twoim wyposażeniu, tzn. sprzętach typu profesjonale gruszki do czyszczenia matrycy i tym podobne wypasy trochę mnie jednak rozbawiłeś :) Ja mam taką z apteki i działa wyśmienicie. Nie chodzi mi o tylko o gruszkę, kilka tam było takich rzeczy :)
    To jak z tymi testami kart pamięci. Jedna przesyła 4GB o całą „niecałą minutę” od drugiej. I co z tego?

  • Marek Arcimowicz

    „To jak z tymi testami kart pamięci. Jedna przesyła 4GB o całą “niecałą minutę” od drugiej. I co z tego?”

    Dla zrzutów w normalnych warunkach nie ma to znaczenia.

    Może mieć ogromne, tam, gdzie działamy na bateriach – bo suma 10 czy 20 zrzutów na OTG daje już dużą różnicę, a nie zawsze mam szansę działać z prądem sieciowym.

    Ma na pewno ogromne znaczenie przy oczyszczaniu bufora aparatu przy zdjęciach seryjnych. Uważam, że często jest to wąskie gardło aparatów cyfrowych. A to, czy matryca się oczyści o 20% szybciej ma niebagatelne znaczenie, kiedy właśnie uciekł mi narciarz, rowerzysta, albo zabrakło możliwości zrobienia tej właśnie klatki.

    Swoją drogą uważam, że bufor powinien mieścić CO NAJMNIEJ 30-40 klatek,a przy aparatach naprawdę szybkich, jak D3 nawet więcej.

  • Marek Arcimowicz

    „PS. O ile rozumiem potrzebę profesjonalnego ekwipunku w przypadku Twoich wypraw, to jednak wspominając w którymśtam wstecz poście o Twoim wyposażeniu, tzn. sprzętach typu profesjonale gruszki do czyszczenia matrycy i tym podobne wypasy trochę mnie jednak rozbawiłeś :) ”

    Bardzo się cieszę, że przy okazji poprawiam humor!

    Część sprzętów jest wyselekcjonowana i staram się bez nich nie ruszać. Część zabieram testowo. Część z powodu przyzwyczajeń i ułatwień w pracy – tak już jest, że są ludzie, którzy psychicznie potrzebują dobrej kawy rano i od razu im się lepiej pracuje.

    A gruszka? Też miałem taką z apteki. Ale ona naprawdę ma dużo wad i słabą wydajność. Z najważniejszych wad wymienię fakt, że przepompowuje to samo powietrze z wnętrza aparatu i z powrotem, a Giotto’s – przepompowuje przez siebie powietrze z zewnątrz. Do aparatu i tak lepiej stosować zasysanie niż dmuchanie, ale Rocket świetnie zdmuchuje pyłki (znacznie lepiej, naprawdę) z obiektywów – dzięki wydajności i odpowiedniemu dobraniu średnicy dyszy.

  • tompac

    No chyba nie będziemy sie tu nad sobą użalać jak ostatnie łajzy?
    Temat nie dotyczy tylko fotografii, muzyki czy innych przejawów artyzmu bądź Artyzmu.
    Chyba nie są Wam obce sytuacje kiedy pan Heniu jednego dnia jest super prawnikiem a dnia następnego wybitnym trenerem piłkarskim czy znawca prawa albo stosunków międzynarodowych?

    Panowie to po czym teraz tak sobie jeździmy za granicą uważane jest za atut – wszechstronni, przedsiębiorczy, kreatywni – jak widać każdy kij ma przynajmniej dwa końce albo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma.
    Sądzicie, że np. na budowach to wszyscy są po szkołach, praktyce itd? Tu jest dopiero improwizacja i zbieranina, a każdy to fachowiec na skale światową ;)

    Czy kiedyś (za czasów filmowych) tak tez było? Było, tylko życie sie trochę wolniej toczyło i próbka statystyczna jaka przewijała sie przez nasze życie była mniejsza, życie przyspiesza, globalna wioska jeszcze bardziej potęguje to wrażenie. Czy należy z tym walczyć albo przed tym usiekać? Ja uważam, że nie, szkoda czasu i zdrowia na walkę, sposobem jest odnalezienie własnego rytmu i czerpanie z tego radości :)

    PS Pamiętacie chyba teksty z dzieciństwa „a przed wojną to …” ;)

  • Marek Arcimowicz

    Tomku, Jak ja kocham to Twoje poczucie humoru i optymizm, wielki optymizm bazujący na staniu na nogach a nie „hurra-optymizmie”.
    Masz dużo racji, że trochę tak było już wcześniej.
    My niestety też, że sytuacja ewoluuje nadal – ale to nie jest sedno problemu, problem – tak mi się wydaje, zatacza coraz szersze kręgi w coraz szybszym tempie! To tempo jest problemem.
    Zobacz, jaki był wpływ telewizji – stała się ona od czasu MTV (lata 80) głównym kanałem promocji muzyki. TELEWIZJA, nie radio. Jaki to miało wpływ? Ano taki, że teraz prawi nie do pomyślenia jest, żeby karierę piosenkarską zrobiła brzydula o pięknym głosie i wspaniałej muzykalności. Daję głowę, że jakby zrobić badanie – to okazało by się, że (średnio) skokowo urosły cycki piosenkarek właśnie w okresie ’80/90.

    :D

  • tompac

    Marku doskonale pamiętam takie „gwiazdy” jak Sabrina czy Samanta Fox – po prostu miało sie paru nierozgarniętych kolegów ;)

    A co do sedna, to w zupełności się zgadzam z tezą, że problemem jest tempo, wielu młodym ludziom zdaje sie, że ich pokłady energii są niespożyte – nic bardziej błędnego, każdego się da zajechać.
    Gdy do tego dodamy fakt, że nie ma ludzi nie zastąpionych to już widzimy, że mogą być problemy z hamulcami, wówczas okazuje się, że sztuka nie jest przyspieszanie a hamowanie, a jeszcze większą sztuka jest połączyć jedno i drugie.

    Ale do takich wniosków nie da sie dojść mając 20 czy 25 lat, taka lekcja kosztuje i to całkiem nie mało, pocieszające jest to, że na naukę nigdy nie jest za późno;)

  • Flawiusz

    „No chyba nie będziemy sie tu nad sobą użalać jak ostatnie łajzy?”

    No nie, jasne że nie, inaczej można popaść w totalną depresję która ostatnio jest w modzie :). Ale zgodzę się z tym co Marek napisał. Jako przykład przypomnę pierwszy, międzynarodowy konkurs wokalny w którym startowali zwycięzcy pierwszych edycji „Idola” z różnych krajów. Wygrał pewien chłopak o wątpliwej urodzie, zdaje się Duńczyk. W dodatku ze szczerbą między zębami. Warto jednak zwrócić uwagę że juror z Wielkiej Brytanii, która jest wielką kuźnią młodych wykonawców muzycznych, powiedział temu chłopakowi że wprawdzie zaśpiewał najlepiej ze wszystkich, ale w sumie to jest brzydki i nie ma chyba wielkich szans na wygraną. Dodał że gdyby to był konkurs radiowy, to wygraną miał by w garści, a w telewizji to raczej nie za bardzo. Optymistyczne jest jednak to, że głosem publiczności wygrał właśnie ten chłopak (cholera nie pamiętam jak się nazywa). Z drugiej strony zatrważające jest jednak to, że ten Brytyjski juror dzierży w rękach wielką władzę, i najwyraźniej gdyby on miał decydować, to wygrała by jakaś ładna laska, albo fircyk z Wielkiej Brytanii który wyjęczał, totalnie zmasakrował piosenkę The Dors, co na szczęście Kuba Wojewódzki skrupulatnie mu wytknął. Nie wszystkie zmiany są dobre, nie na wszystkie trzeba się zgadzać, a większość z nich faktycznie następuje bardzo szybko. Na szczęście w świecie podlegającym wszechobecnej standaryzacji i „ulepszeniom”, wciąż można dokonywać pewnych wyborów, i to jest najpiękniejsze w naszych czasach :)

  • tompac

    Flawiusz sądzisz, że wszystko zaczęło sie „teraz”?

    Jak myślisz kiedy powstał ten tekst?

    Nowi idole i nowe układy
    Wyniosłe hasła i piękne plakaty
    Pod ciepłym płaszczem alternatywy
    Siedzą nadęte leniwe gnidy

    Panowie z gazet znają muzykę
    Znów wylansują emfemerydę
    Pod ciepłym płaszczem alternatywy
    Siedzą nadęte leniwe gnidy

    Ref. Gwiazdy ze stolicy, cynicy z wybrzeża
    Muzyka nowa, ale już nieświeża”
    [Wańka Wstańka & The Ludojades]

    Co za różnica czy panowie z gazet czy z telewizji?
    Zawsze tak było i tak będzie, ale tylko od nas zależy czy sie poddamy czy nie – ja przynajmniej od 15 lat nie mam telewizora w domu – warto ;)

    PS A tekst powstał w pierwszej połowie lat 80tych.

  • Flawiusz

    Wiem, muzycy z Rzeszowa. Czyli wcale nie tak dawno, w każdym razie wszystko w ciągu życia jednego pokolenia, a warto wziąć pod uwagę że ten niepohamowany pęd do czegokolwiek rozpoczął się dużo wcześniej i konsekwentnie się rozwija. Ale w sumie to masz rację, nigdy nie było lekko i zawsze łatwo jest usprawiedliwić własne złe wybory mówiąc że „kiedyś to było inaczej, lepiej” :).

    PS. Gdy mieszkałem sam to też nie miałem telewizora. Teraz telepudełko w domu stoi bo żona bez niego żyć nie potrafi, a córka ma na czym Mini Mini oglądać.

  • tompac

    Chyba nie ma znaczenia czy to jedno pokolenie czy więcej, ważne, że nie było jeszcze MTV i Internetu, bo bez względu na to jaki środek przekazu dominuje w danym momencie, układy, lansowanie szmiry czy parcie na ke$ jest „wartością” uniwersalną.
    Wojny z tym nie wygramy ale spokojnie możemy obok tego żyć i robić swoje, tworzyć coś bardziej wartościowego i przy okazji edukować tych niezdecydowanych – mniej świadomych.

    Wiem, że przy okazji takiej „działalności” czyha na człowieka wiele zagrożeń, całkiem niedawno to przerabiałem, pierwszy raz w życiu spotkałem sie z taka ilością zazdrości i zakulisowych działań aby mnie zdyskredytować, do tego „łatwa muzyka i debilne słowa” (czyt. populizm) i dałem sobie spokój, szkoda czasu i zdrowia, które można przeznaczyć na coś bardziej twórczego.

    Odsunięcie sie od tego zgiełku, bezwładnego słowotoku, niejednokrotnie najzwyklejszego dresiarstwa, wyszło mi tylko na zdrowie, jednocześnie nie żałuje tych ponad 3 lat poświęconych na budowę Klubu KonicaMinolta/AlfaKlub, to masa nowych i budujących znajomości, doświadczeń i przeżyć (nie wykluczając tych negatywnych, bo te choć gorzkie stanowią najlepszy materiał do wyciągania wniosków na przyszłość). A wniosek najważniejszy był taki – wolniej!

    Wracając do TV, pozbyłem go sie, bo właśnie żona miała problem z racjonalnym korzystaniem z niego a syn znał wszystkie reklamy na pamięć, decyzja była szybka i skuteczna. Fakt, że dzieciakowi książki i obrazki telewizji nie zastąpiły, był nawet okres kiedy starszy z młodszym synem jeździli do babci specjalnie na TV. Teraz korzystają z internetu, bez tych durnych reklam i programów mózgopiorących, z resztą w tym wieku zainteresowania juz mają zmienione i nie bardzo ciągnie ich do dobranocek ;)

  • Flawiusz

    Tompac, tworzyłeś Klub KonicaMinolta? To fajowo, ważna sprawa, masz na koncie coś dobrego. Ja jednak siedzę na Olympusclubie, bo to marka bliska memu sercu, tak jakoś wyszło. Zastanawiam się jednak w którym momencie zaczyna się parcie na kasę? To pytanie ogólne, bez związku z klubem KM :)

  • Flawiusz

    Tompac, nie wiedziałem że te samoloty to Twoja robota, świetne foty, te B&W naprawdę działają ostro! Gratulacje!!!

  • Jaroslaw Kaczmarski

    Witam wszyskich sfrustrowanych: Marka, Towarzystwo i siebie włącznie :-).

    Będzie szczerze i do bólu, więc przygotujcie się moi mili, albo nie czytajcie…

    Zacznijmy od kasy. No cuż, ten bardzo stary wynalazek (pieniądz) jest źrodłem wielu poblemów, ale eksperyment komunistów się nie powódł więc kapitalizm, który na pieniądzu stoi jest stanem powszechnym i jedynym. Czy parcie na kasę jest złe? Nie! Ja – człowiek z ideami (resztką) – kiedy mnie próbują opłacić dobrym słowem, odpowiadam, że gotów jestem pracować za „dziękuję”, ale za „dziękuję” komputera, aparatu, strawy materialnej i duchowej nie kupię. A teraz parcie na kasę w aspekcie historycznym. Weźmy jakiegoś wielkiego np. Rembrandta. Twórca ów wielki miał takie parcie na kasę, że jego uczniowie zaczęli malować na podłodze pracowni monety (podkreślam MALOWAĆ), na które mistrz rzucał się i próbował podnieść.

    A teraz układy. Układy były od zawsze, są i będą. Kto miał dostęp do koryta, ten miał kasę, sławę doczesną i wieczną. Kościół był pierwszym, który potrzebował artystów by zwizualizować ludziom wiarę. Drugimi stali się możni świeccy, działając na wzór i podobieństwo kościoła. I tak, ten kto znał biskupa ten miał kasę i do pomalowania bazylikę, ale ten kto znał kardynała, malował już katedrę. Kto znał księcia, ten malował mały jego portret i jakiś landszaft, ale znać rodzinę królewską to już wielka kasa była (dużo dużych portretów, landszaftów). W związku z potęgą owego mecenatu, cała ta spuścizna dziedzictwem kulturowym się stała, bo jako jedyna do dzisiaj przetrwała. Nie teraz roważać jaka ona jest, ale pewien jestem, że byli (są i będą) bardziej utalentowani i genialniejsi, ale nie mieli układu i trafić musieli na śmietnik historii.

    Czym jest sztuka zatem? W tym wywodzie skupię się jedynie na wykonawczym aspekcie sprawy. Dziś jak i dawniej rzecz sprowadzić można do powszechnej możliwości zrealizowania czegoś. Im bardziej czegoś nie potrafimy tym większą coś jest dla nas sztuką. Czy fotografia jest zatem sztuką? Ciut ponad sto lat temu, kiedy to dziedzina ta rozkwitać zaczęła, fotografią się brzydzono. Sztuką prawdziwą w mniemaniu ówczenych tworców było malarstwo klasyczne-fotorealistyczne (impresjonistami się też brzydzono) – widzicie tu również ten wykonawczy aspekt sprawy?! Ale jednak powstało wiele pięknych fotografii. Widziałem wstrząsający, ale piękny album fotografii policyjnej z początku XX-wieku. Kto robił te zdjęcia? Fotografować zaczęli artyśli – ludzie mniej lub bardziej utalentowani i takowoż do rzemiosła przygotowani. Być może z lenistwa (gotowe zdjęcie robiło się krócej niż przygotowało płotno do obrazu), być może z parcia na kasę (policja i prasa potrzebowała zdjęc wielokroć więcej niż można było zebrać zamówień na portrety), być może z fascynacji nowością ale – jak już wspomniałem – robili to ludzie przygotowani. Okazło się nawet, że autorami tamtych fotografii są nawet wielcy i uznani malarze!

    Ale czas biegł, a czas dla ludzkości oznacza postęp. Postęp w dziedzinie fotografii doporowadził do całkowitego zmarginalizowania malarstwa i jest to ponownie wprost proporconalną funkcją popytu (media zastąpiły kościół i możnych razem wziętych). Jednak proces biegnący bardzo wolno przez wieki, uległ niesamowitemu przyspieszeniu i przewartościowaniu mniej więcej w okresie 1985-1995. Co się stało? Niedawni usługodawcy (podkreślam USŁUGODAWCY) stali się… no kim? Krawcowie stali się dyktatorami mody, modelki (niedawne żywe wieszaki) stały się gwiazdami-boginiami, fotografowie stali się kreatorami z wizjami. Wszystko to było tak dynamiczne, że doprowadziło szybko do naturalnego wysycenia się, czego dzisaj doświadczamy i jest dla nas źródłem frustracji. Tym większej, że „cyfra” i jej powszechność i perfekcyjność techniczna doprowadziła do tego, że każdy fotografuje dobrze i każdy jest fotografem.

    I co tak najbardziej dzisiaj boli? To, że się nie zostało pionierem. Pionierzy są bohaterami, robią rzeczy wielkie cokolwiek to jest. W ślad za tym boli to, że nie załapaliśmy się na status gwiazdy. Wreszcie boli (chyba najbardziej) świadomość, że inni – w indywidualnym odczuciu gorsi – są postrzeagani jako lepsi.

    Teraźniejszości trzeba stawić czoła i znaleźć swoje miejsce a nie grzebać się w historii jako tej niby lepszej. Jak Wam pokazałem, Rembrandt leciał na kasę (dosłownie) ale jeszcze sam malował (główne elemnty obrazu). Taki Rubens to już była przemysłowa i komercyjna fabryka kasy: nośny temat gołe baby, zamówień tyle, że jedyne co Rubens robił sam to podpisywał co za niego malowali inni i kasował. Nie dziwmy się zatem dzisiaj, że na chwałę kogoś pracuje sztab ludzi bo to od setek lat rzecz jest powszechna. Annie Leibovitz nie była widziana ze światłomierzem w ręku. Nawet Richard Avedon w pewnym momencie fotografował o tyle, że tylko był na planie (ani światłomierza ani aparatu nie dotykał). Herb Ritts od razu został fotografem kasującym poteżną kasę wyłącznie dlatego, że był kumplem Richarda Gere.

    Jakiś czas temu widziałem przecudną reklamę kart kredytowych VISA. Scenariuszy było kilka, motto zawsze to samo: wybór jest w twoich rękach. Ów wybór pokazywano na przykładzie tzw. ścieżki życia. Np. interesują cię książki – zostajesz scenarzystą – film z twoim scenariuszem dostaje oskara, ale to reżyser a nie ty pójdzie w blasku fleszów po czerwonym dywanie, więc jeśli chcesz blasku fleszów i czerwonego dywanu nie kupuj książki literackiej tylko podrecznik jak zostać reżyserem. Druga anegdota wiąże się z fantastycznym filmem pt. „Mój mały Everest”. Zobaczyłem go w czasach gdzie Everest był tylko jeden i oznaczał wielką wspinaczkę na wielką górę przez wielkich himalaistów. Tymczasem na filmie nie widać ani wielkich himalajskich zdobywców, ani wielkiego Everestu, pozostał jedynie równie wielki trud i znój. Zrozumiałem, że każdy może mieć swoj mały Everest a z reklamy Visy widać, że wybór jest w twoich rękach, zatem czas działać i myśleć naprzód. Z historii warto wyciągnąć wnioski, a czasy obecne dają dużo więcej możliwości.

    PS.1.
    Ci co jeżdzili Starem (to były Jelcze) bardzo by chcieli mieć odpowiednią kasę i po prosu opłacić wyprawę oraz np. mieć możliwość pozostawienia w ścianie niepotrzebnych bambetli zamiast znoszenia ich w 30-kilowych worach na własnych plecach – bo szkoda było. Właściwie tylko Jerzy Kukuczka i może kilku było totalnie zorientowanych na wyczyn, natomiast cała reszta robiła przy okazji biznes szmuglując co i gdzie się da (np. do Iranu alkohol, do Nepalu zegarki enerdowskie, psy rasowe z Iraku i Afganistanu, antyki z Nepalu, gdzieś tam złoto i kammienie szlachetne w puszkach z mięsem itd itp.) Naturalnie jadąc do Nepalu podporządkowane było to szczytnemu celowi wyprawy, ale wracając myślało się o… następnej wyprawie i własnemu życiu na nizinach. Ten „romantyzm Jelcza” miał swoje poważne atrybuty w postaci dużej ładowności w przeciwieństwie do ograniczonych możliwości frachtu lotniczego obciążonego wnikliwymi kontrolami oraz cłem (o zakazach nie wspominając). Poza wspaniałymi osiągnięciami Jerzego Kukuczki cała reszta nie była już taka romantyczna i górnolotna.

    PS.2.
    Co złego w zapłaceniu 30k USD za udział w wyprawie? Co innego eksploracja (dzisiaj można eksplorować wyłącznie głębiny oceanów) a co innego udział. Dzisiaj w Himalajach jest już niemal wyłącznie udział. Kiedyś odnotowywano każde wejście na Mont Blanc w Alpach, ale tego zaprzestano z uwagi na masowość wejść. W Nepalu jeszcze się odnotowuje wejścia, ale pewnie już wkrótce zastąpi się tą wiekopomną kronikę typowymi dyplomami podobnymi do bycia na Nordcapie, czy certyfikat zrobienia zdjęcia jak Ansel Adams. To się nazywa komercjalizacja i takie są jej prawa. W Alpach dzięki komercjalizacji można na przełęczy wypić Coca-Colę i w Himalu też już możemy na przełeczy wypić Coca-Colę. Himal zachował jeszcze resztki dzikości i pozwala odczuć namiastkę „przygody w nieznane”. I tak Martyna Wojciechowska może czerpać z tego, i Marek Arcimowicz, i każdy Kowalski może się poczuć wiekim podróżnikiem. Nie ma w tym nic złego. Martyna wzmacnia swoją pozycję, Marek też i Kowalski przed swoimi znajomymi też. Nepal i nepalczycy z tego też korzystają. I jeszcze jedno, jeśli komuś jest łatwiej wejść w posiadanie 30k USD to czemu ma sobie robić trudniej? Jeśli Marcin Miotk wszedł bez tlenu na Everest to jego sprawa, to jego zdrowie (raczej dzięki temu stracone) i nie jest on pierwszym zdobywcą tylko chyba już dwusetnym więc nie dziwmy się, że dwusetne wejście na Everest nie znajduje polklasku narodu. Nawet misja Apollo (ci co lądowali na księżycu) po kilku razach straciła w TV oglądalność. Jeśli Martyna Wojciechowska chce z tego zrobić szoł, to niech robi. Nic w tym złego.

  • Flawiusz

    Jaroslaw Kaczmarski, w sumie to ogólnie ma Pan rację, opisywanie prostych faktów… W kilku miejscach Pan przegiął, ale ogólnie wszystko się w zasadzie zgadza. Tyle że w świecie w którym ludzie (masowo) tracą cel życia zamieniając go na pieniądze, za które kupują „uczestnictwo” w życiu, prowadzi niechybnie do wzrostu zapotrzebowania na dobrych psychoterapeutów… i tu też można powiedzieć że nic się nie dzieje, wystarczy kształcić więcej psychologów… Jeśli Pan nie rozumie dla czego ktoś wchodzi na Everest bez butli z tlenem, to nie zrozumie Pan również dla czego ludzie przemierzają pieszo całą Polskę w drodze na Jasną Górę. Nie mam tu na myśli tylko sfery religijnej, ona jest tu bardzo rozpuszczona, często mało istotna. Istotne jest samo podjęcie tego trudu, choć łatwiej było by pojechać samochodem. (nie jestem nawiedzonym katolikiem, podaję tu tylko przykład masowego uczestnictwa w czymś co nie jest łatwe). Marka Arcimowicza poznałem w czasie wakacyjnej wędrówki z Częstochowy do Krakowa. Zatrzymałem się w Ogrodzieńcu i spotkałem Marka. To były fajne wakacje, z namiotem i plecakiem. Wybrałem się na takie z braku funduszy. Miałem wówczas potężne problemy finansowe i tylko na taki „wyjazd” było mnie stać, bo nic nie kosztował. To było kilka niesamowitych dni których nie mógłbym kupić za żadne pieniądze. Co więcej gdybym miał wówczas kasę, to nigdy bym tego nie przeżył, bo pojechał bym na jakieś „fajne” wakacje… Piesza wędrówka po znanych terenach (w sumie) bez grosza przy duszy to życie, a nie „uczestnictwo”. Proponuję spróbować, proponuję również nie brać telefonu komórkowego i spakować się w 30l plecak… i zabrać ze sobą 50 zł, jak Pan dobrze pokombinuje to przywiezie Pan całą kasę z powrotem :)

    PS. Na co dzień pracuję w Adobe Illustratorze, który jest wzorowym narzędziem wektorowym, ale czasami wieczorem lubię zasiąść do komputera i narysować coś w Inkscape właśnie dla tego że jest trudniej… Nic w tym złego.

  • Flawiusz

    „Ci co jeżdzili Starem (to były Jelcze)”

    Je jednak czytałem kiedyś o wyprawie Starem.

  • Jaroslaw Kaczmarski

    Szanowny Panie Flawiuszu,

    Ma Pan rację, że skupiłem się na prostych aspektach niezwykle złożonych spraw życia i natury ludzkiej, ale chciałem pokazać, że tak było od zawsze.
    Ma Pan rację – i też nad tym ubolewam – że ludzie masowo tracą cel życia zamianiając go na pieniądze (lub, co gorsza na alkohol). Z psychoterapeutami też ma Pan rację. W stolicy jest nagromadzenie zwarszawionych ludków (to osobny temat) i właśnie tam psycholodzy, psychoterapeuci, psychiatrzy mają swoje eldorado. Ma Pan rację – nic się nie dzieje: była reakcja i jest reakcja.
    Oczywiście znów upraszczam, ale wyśmiewana profesja psychologów ma teraz swój czas i żyje dzięki sfrustrowanym menażerom. A Marek Arcimowicz – wszak jest również przewodnikiem – również żyje z tych kupujących uczestnictwo. Przewodnicy nazywają ich 'klientami’ i dają im posmak dzikiej przygody prowadząc ich na trekkingi albo wprowadzając na szczyty. I nic w tym złego, skoro góry – powtórzę – się skomercjalizowały. O ile jeszcze w Himalu wyczyn na miarę całej ludzkości zrobić z trudem można, tak w Alpach już się nie da.
    A skoro na temat górski weszliśmy to skąd Pana pewność, że nie rozumiem tych co wchodzą na Everest bez butli z tlenem… Widzi Pan, tak się składa, że byłem na wyprawach w górach wysokich (jako członek, nie klient), znałem (w pełni, a nie ze zdjęcia) tych co tworzyli historię polskiego i światowego himalaizmu, wreszcie widziałem co duża wysokość może zrobić z człowiekiem zatem skąd Pana pewność, że nie rozumiem dlaczego ktoś wchodzi na Everest bez butli???!!!
    Trochę racji ma Pan z tymi ludźmi co na pielgrzymki chodzą, bo ja nie ulegam zbiorowej ekstazie (indywidualej ulegam zatem najbardziej lubię koncerty muzyczne w klubach, a jeśli zespół przedstawia szoł to w halach ale nie cierpię koncertów na stadionach). Szanuję religie, szanuję podziwiam i doceniam wysiłek w imię własne (Marcin Miotk) czy w imię Boga (pielgrzymki). Na pielgrzymkach, niestety jest wielu cwaniaków (TO NIE JEST O PANU!!!), którzy w imię Boga naciągają gdzie i kogo się da na darmową wyżerkę i spanie (to opinia mojego znajomego, który żyje z organizowania pielgrzymek).
    Co życiem prawdziwym jest a co nie jest, nie podejmuję się oceniać. Daleki jestem od apoteozowania czegoś nad czymś. Nigdy nie powiem, że spanie pod chmurką z pustym brzuchem to życie, a najedzonym w hotelu to namiastka, czy uczestnictwo. Sam sypiałem pod chmurką, w hotelach pięciopryczowych i pięciogwiazdkowych. Z lataniem samolotami, czy jazdą na pace ciężarowki, podobnie. Dla mnie to kwestia balansu i świadomoći wyboru oraz czerpania z tego co się ma – to jest prawdziwa radość życia. To tak jak z dobrą fotografią…

    PS.1.
    Nie mogę pojechać bez komórki, bo brak kontaktu ze mną stresuje kilka ludzi (i firm). Na szczęście nie wydzwaniają do mnie, więc mam na wakacjach komfort i mogę cieszyć się szumem wody a nie szumem fatalnego połączenia :-)

    PS.2.
    Gratuluję rysowania odręcznego. Samemu tak robię na codzień, bo w Photoshopie szparuję proste linie ręcznie je ciągnąc piórkiem po Wacomie (mam ich bardzo dużo i muszą być proste). Tak jest trudniej – wiem. Możemy jedynie poklepać się po plecach, że jesteśmy tacy wspaniali ;-). Miejmy też jednak świadomość, że nie ma to dla nikogo znaczenia, a tym bardziej nie jest widoczne na zdjęciu, czy rysowaliśmy coś od ręki, stosując magiczną pałę, czy cudowny plug-in.

    PS.3.
    Opowieści, które ja słyszałem były o Jelczach, bo podobno to bardziej niezawodny samochód to był niż Star. No ale Starem też na pewno jeździli… :-)))

  • Flawiusz

    Panie Jarosławie, ten fragment Pańskiego tekstu dawał odczuć że Pan nie rozumie po co niektórzy ludzie robią różne rzeczy:

    „Jeśli Marcin Miotk wszedł bez tlenu na Everest to jego sprawa, to jego zdrowie (raczej dzięki temu stracone) i nie jest on pierwszym zdobywcą tylko chyba już dwusetnym więc nie dziwmy się, że dwusetne wejście na Everest nie znajduje polklasku narodu. Nawet misja Apollo (ci co lądowali na księżycu) po kilku razach straciła w TV oglądalność. Jeśli Martyna Wojciechowska chce z tego zrobić szoł, to niech robi. Nic w tym złego.”

    Ponadto dość wyraźnie przyklaskiwał Pan postępującej komercjalizacji wszystkiego, tak jakby pieniądze stające się jedynym istotnym standardem, były jedyną słuszną opcją jaka ma prawo obowiązywać w naszym świecie.

    Z zawodu psychologa się nie wyśmiewam, znam dwóch i zatrważa mnie to z jakimi problemami boryka się wielu ludzi.

    I to:
    „Gratuluję rysowania odręcznego. Samemu tak robię na codzień, bo w Photoshopie szparuję proste linie ręcznie je ciągnąc piórkiem po Wacomie (mam ich bardzo dużo i muszą być proste). Tak jest trudniej – wiem. Możemy jedynie poklepać się po plecach, że jesteśmy tacy wspaniali ;-)”

    Tu też Pan nie zrozumiał tego co napisałem. Ja w Inkscape rysuję dla siebie, nie na sprzedaż, ani by się tym chwalić. To mi pozwala uzyskać właściwy dystans do różnych spraw. W codziennej pracy zawodowej odwalam komercyjną robotę w wydajnych komercyjnych programach. Nie zgodzę się jednak że podejście w pracy i to jak pracujemy nie ma znaczenia. W praktyce często widać więcej niż mogło by się wydawać, zależy tylko kto patrzy, ale to odrębny temat.

    PS. Może nanoszenie w Photoshopie ścieżek, czy masek jest prawie rysowaniem, ale „prawie” robi wielką różnicę. Wystarczy ją dostrzec :)

    A poza wypisywaniem tego wszystkiego to życzę Pany wszystkiego dobrego, Flawiusz.

  • Jaroslaw Kaczmarski

    Panie Flawiuszu,

    Co złego w komercjalizacji?
    Z komercjalizacją jest m.in. jak z reklamą w TV. Znam masę ludzi poirytowanych reklamami w TV i czasem mówię im, że gdyby nie reklamy nie mielibyście tego kanału, bo stacja musi z czegoś to produkować, a po drugie macie przecież swój rozum i wolę aby z reklamy skorzystać albo nie. Konsternacja…

    Co złego w pieniądzach?
    Pieniądze są (jak to jest na banknotach napisane) środkiem płatniczym. Standard.

    O wyśmiewaniu zawodu psychologa, wiem od znanych mi osobiście psychologów (byłem zdziwiony, gdzy mi o tym powiedzieli) i absolutnie tego nie imputowałem Panu :-)

    Z Inscapem to nie zrozumiałem i chyba Pana uraziłem – przepraszam. Czuję różnicę pomiędzy rysowaniem i nanoszeniem ścieżek, czy masek. (Ja nie miałem na myśli nanoszenia przez siebie ścieżek czy masek, ale rysowaniu – źle się wyraziłem – fotorealistycznym domalowywaniu detali).

    W kwestii podejścia do pracy, to dalej twierdzę, że o ile zamierzony efekt został osiągnięty, to nie ma znaczenia, czy ktoś pracuje Canonem czy Kaczorem Donaldem, czy robi to rysująć, czy klikając. Kiedyś poznałem człowieka serwisującego fotolaby, któremu pokazawszy odbitkę potrafił wskazać gdzie i przez kogo została ona zrobiona. Wybaczy Pan, ale ja czegoś takiego nie dostrzegę i nawet nie zamierzam. Widzę, czy coś jest właściwe, czy nie ale nie potrafię wskazać czym to było zrobione.

    Powodzenia :-)

  • tompac

    Wracam na łono natury ;)

    Cytat: „Tompac, tworzyłeś Klub KonicaMinolta? To fajowo, ważna sprawa, masz na koncie coś dobrego. Ja jednak siedzę na Olympusclubie, bo to marka bliska memu sercu, tak jakoś wyszło. Zastanawiam się jednak w którym momencie zaczyna się parcie na kasę? To pytanie ogólne, bez związku z klubem KM :)”

    No cóż, jakoś sie nikt do tej roboty nie garnął to założyłem, jak na tym wyszedłem można dzisiaj poczytać na KKM – Niegospodarność, malwersacje, defraudacje, oszustwa. – nie ukrywam, że mimo to bilans za te 4 lata mam dodatni, choć osób mi życzliwych zostało niewiele to stanowią istny skarb.
    Co sie tyczy parcia na kasę, żyje z branży budowlanej, fotografia to hobby, tak wiec wielkiego parcia na kasę niema a jeśli coś wpadnie to wpadnie ;)

    Cytat:”Tompac, nie wiedziałem że te samoloty to Twoja robota, świetne foty, te B&W naprawdę działają ostro! Gratulacje!!!”

    Dzieki! Ciesze się, że mogę coś od siebie dać ludiom – radość z moich fruwai :)

    To był męczący dzień ;)

    PS Flawiusz pewnie byleś na moje stronie i tam widziałeś samoloty – stare samoloty, cos nowego znajdziesz tu:
    http://www.flickr.com/photos/tompac_pl/
    Marku wybaczysz autoreklamę? ;)

  • Jaroslaw Kaczmarski

    Oglądalem galerię Tompaca http://www.flickr.com/photos/tompac_pl/ i zachwycałem się tymi zdjęciami. Ma Pan wielki talent i pasję (podobnie jak Marek Arcimowicz) – te unikatowe cechy powodują, że robicie wspaniałe zdjęcia.

    Powodzenia :-)

  • tompac

    Talent jak talent ale pasję na pewno :)
    Dzięki za cieple słowo :)

  • Flawiusz

    He, „Pasja” to podstawa, jedni fotografują samoloty, a innych przybijają do krzyża :(

  • Flawiusz

    EEEEEEEE…NOOOOOO… co się stało z tematem rankingu hotelowego :))))))) ???

  • Adam

    Ten artykuł to brednie powtarzane przez podstarzałych fotografów. Faktem, że świetnych zdjęć jest więcej niż w czasach aparatów analogowych (gniotów też). Trzeba się z tym pogodzić, a nie ciągle narzekać.

  • Marek Arcimowicz

    Nie musisz czytac… :)
    Czy to sa brednie? Brednie to nieprawda, Flawiusz raczej podstarzały nie jest, my z Tompac’iem już po 30-ce dawno :))) – więc chyba trochę jesteśmy podstarzali. Ale z cyfrą radzimy sobie jakoś, czasem podpowiadamy coś młodszym kolegom, znacznie młodszym, więc źle nie jest :))))))

    A to, że wolelibyśmy pozostania w analogu i dlaczego to zupełnie inna sprawa. Tu chodzi o pewną filozofię fotografowania. O industrializacji tego zawodu, co sprawnym okiem zauważył kiedyś Witold Krassowski – jeszcze napiszę.

    A na razie szukam jakiegoś fajnego 4×5″, bo błony jeszcze jakiś czas będą produkowali. Powiększalnik też by się przydał :D

  • Twiga

    Witam,
    To ja sobie pozwolę wtrącić się do dyskusji, ale najpierw krótki wstęp, znalazłam stronę przypadkowo,szukając przykładów zdjęć robionych obiektywem 43 mm do Mamiya 7, i tak, poza wspaniałymi zdjęciami, trafiłam na ciekawą dyskusję o filozofii fotografowania i nie tylko:)
    Co ciekawe, przed chwilą wyszukując informacje o tym aparacie trafiłam na temat: „Why did you choose Mamiya 7ii over 35mm or digital?” na photo.net (http://photo.net/medium-format-photography-forum/00R2d4) i chciałam przytoczyć taką wypowiedz

    „I don’t shoot digital and won’t until I can’t find film anymore, you get me? They’re gonna hafta pry my film camera out of my cold, dead hands…..”

    która chyba trafnie obrazuje przekonania całkiem chyba niemałej (miejmy nadzieję..) grupy fotografów;)
    Podczas gdy większość moich znajomych fotografów hobbystów, zgodnie z nakazem zdrowego rozsądku już dawno wymieniła analogi na cyfry, ja z jakimś oślim uporem bronię się przed tym krokiem, bo przecież jak powszechnie wiadomo cyfrowej ciemni brak tej magii … Na takie sentymentalne podejście do sprawy mogę sobie pozwolić bo na fotografowaniu nie zarabiam, to tylko hobby:)
    Kiedyś obawiałam się że fotografia analogowa zginie śmiercią naturalną wyparta przez piksele, ale tak jak niezależne niszowe kino ma swoich zwolenników, tak też czarno – biała fotografia analogowa przetrwa jako jedna z form ekspresji, prawda:)?
    Stawiam na fine ars prints, jak np Michael Kenna.
    Poza tym rosnąca popularność Holgi dowodzi że z fotografii analogowej można jeszcze czerpać sporo czystej, pierwotnej radości, nie obciążonej dżinksami nowoczesnej technologii:)

    Pozdrawiam i życzę sporo właśnie takiej radości w eksplorowaniu kolejnych etapów..fotograficznej i nie tylko przygody.

    PS1. Polecam świetny dokument o Annie Leibovitz, w którym sama z autoironią odnosi się do trybu pracy dla Vanity Fair i przyznaje że podróż na nękane wojną Bałkany za namową Susan Sontag przywróciła jej właściwą perspektywę zarówno za obiektywem jak i w życiu.

    PS2. Tak się składa,że mam podobne przemyślenia jak pan Marek o „zdobywaniu” szczytów górskich przez bogatszych niż lokalna ludność turystów. Miałam kiedyś szczęście wspiąć się na Mt Kenia razem z przyjacielem Kenijczykiem, z bagażem na swoich plecach. Gdy mijaliśmy grupki turystów widok był taki: z przodu pomykali raźno turyści, w super butach i texie najnowszej generacji a nie dalej maszerowali dzielnie albo w trampkach, albo boso, w koszulinach i lichych kurcinach miejscowi tragarze. No cóż, pozostawiam bez komentarza. Argument, że taka turystyka napędza lokalną ekonomię jakoś nie usuwa dziwnego wrażenia…

    PS3. Ostatnia dygresja ;) w nawiązaniu do wątku o marszu i medytacji …W 2000 roku w czasie wyprawy po mongolskich stepach przekonaliśmy się że mogą one sporo człowieka nauczyć. W pełni się z przemyśleniami pana Marka zgadzam!:)

  • Daniel

    fotografuję od 40 lat i cieszy mnie to, że amatorzy biorą lustro i uważają się za fotografów, ważne że są szczęśliwi z tym co robią. Jak się przekonałem w swoim życiu pisanie takich tekstów zwykle świadczy o jakiś kompleksach.

  • Marek Arcimowicz

    Czołem Panie Danielu,

    Gratuluję wytrwałości. O co chodzi, jak to widzę – wyjaśniłem w poście powyżej.

    Ostatnio dużo dyskutujemy o tych – i o podobnych zmianach w gronie znajomych. Długo by komentować i opowiadać, może urodzi się z tego kolejny post. Po pierwsze fotografuje bardzo wiele osób, dla których to po prostu (i tylko) moda. A od mody zawsze stroniłem, w jakimś sensie brzydzę się owczym pędem, po wojnie to pewnie zostałbym bikiniarzem… ;) Poza tym ta gorączka fotografowania powoduje bardzo wiele perturbacji. Nie będę się rozwodził o zawodowych, bo o tym jest już mnóstwo powiedziane i napisane, mój zawód – taki jakim był – przestał istnieć i to zwyczajnie trochę boli. Ale są też konsekwencje dla amatorów – proszę zobaczyć jak dużo trudniej fotografować teraz ludzi – każdy gania z aparatem i – jeśli kiedyś zrobienie komuś fotografii stanowiło atrakcję samą w sobie, to teraz bywa uciążliwe dla fotografowanego – i wiele osób reaguje z niechęcią. Poza tym jaki jest sens dokumentowania np. koncertu – mnie ręce opadają jak widzę przed sobą 1/3 sali podbiegającą do sceny żeby zrobić zdjęcia. Tak jak nie rozumiem dlaczego tysiące ludzi np. w Nepalu robi, a potem przywozi do domu kiepskie zdjęcia – zamiast po prostu iść do księgarni 'Pilgrims’ i kupić 1 czy 2 albumy najlepszych fotografów na tym świecie, którzy spędzili lata na zebranie wspaniałego zestawu. Tego nie rozumiem. Tego, że ludzie są ślepi – widzą krzywo i brzydko przyklejone samodzielnie kafelki w łazience i więcej się za to nie biorą tylko wołają Pana Janka. A potem jadą na wakacje i przywożą widoczki, których w kiblu bym nie powiesił, ale nie kupią kalendarza – pięknie wydanego. Pięknie opisuje to Wojtek Tkaczyński na łamach Fotopolis http://www.fotopolis.pl/?seakey=1&seatit=1&szukane=tkaczy%F1ski&x=0&y=0 I trochę żal mi dawnych czasów – kiedy spotykało się gdzieś w trasie czy np. w górach człowieka z aparatem i statywem – i było niemal pewne, że wieczór w schronisku będzie długą dyskusją dwóch świrów przy piwie :D

Leave a Reply to Flawiusz

Post Comment